Myślimy, że niektórzy nasi goście nie zapomnieli lina w śmietanie sporządzonego przez Maję. Kiedy za oknem szlaje gościnny Grześ z wybrzeża to fajnie jest siegnąć po zapasy lina z jeziora Bałędź od zaprzyaźnionego rybaka - dzierżawcy tego jeziora - Jana.
W lato, a może jeszcze szybciej będziemy mogli smakować rarytasy z pięknych i czystych naszych Berzniaków, Ryngisów, Kieligów... Dziś mamy lina wprost z patelni, a że to bardzo smaczna rybka to Prezes czuwa na stanowisku gotowy na wszystko, poda łapę, przyczesze włosy - ten lizus zrobi wszystko by móc liczyć na łaskawośc stołu Pani Domu :) Wieczorem patrzyliśmy z nadzieją na przebłysk słońca na horyzoncie, a w tej chwili z telewizora płyną dobre informacje, że możemy liczyć już jutro na łaskawość natury - przyda się bardzo zwłaszcza w pierwszy dzień listopada. Wracając do kociego "dyplomaty" to Maja nie pierwszy raz ulegała swemu pupilkowi, a pozostała kociarnia jak reszta domowników musiała jeszcze przez chwilę się oblizywać... Tak naprawdę, jak dla mnie to z lina wprost z patelni najbardziej smakuje skórka... W ostatnich dniach trudno było nos wystawić za drzwi, ale mus to mus - wykorzystaliśmy powiekszoną chwilowo o więcej osób moc rodzinną i nad brzegiem jeziora powrócił "porządek zimowy". Ben coraz częściej zagląda do swojej starej budy przy stodole i patrzy na nas jakby chciał powiedzieć byśmy przenieśli tą ocieploną chatę bliżej jego letniej rezydencji przy gliniaku, ale do tego potrzeba więcej ludzi - tłumaczyłem psiej inteligencji. Wdaje się, że zrozumiał bo udał się do miski z pokarmem przerywając głodówkę, bo przez kilka ostatnich dni prawie wcale do niej nie zaglądał. Oj, wydaje mi się, że czasami zwierzęta są bardziej wyrozumiałe od ludzi ;
Pozdrawiamy serdecznie nie tylko smakoszy lina :)