Rok w rok to samo i tak samo. Im więcej zim dożywam tym bardziej ich nie cierpię. Z jednej strony zimno, ponuro i generalnie do kitu, ale z drugiej strony nie wiedząc dlaczego biorę aparat, Bacę, gonię nad jezioro, i siedzę tam aż przemarznę do kości. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem dlaczego tak się dzieje - przyzwyczajenie, czary?
Codziennie czyste niebo i padajacy skrzący się kryształ. Wschody i zachody słońca z bijącymi w górę złotymi słupami. Ta smuga w górę to czary słoneczne z kryształków lodu i promieni światła.
Teraz przy 20 stopniowych mrozach, zwierzaki - niestety i nasz pies - dostają miłosnych wariacji. Z jednej stony nie cierpię wyprowadzać na spacer naszego Bacy w siarczyście mroźny wieczór, ale z drugiej strony już w połowie spaceru gdy popatrzę w rozdwieżdżone nade mną niebo... to chcę trochę zmarznąć.
Sami nie wiemy co nas podkusiło, by po tylu latach wracać na wieś, ale z drugiej strony... Tak naprawdę to od tej wioski można dostać czasami kręćka... i po świętach wieczorową porą zobaczyć anioły na drodze :)