Przyznam się na samym początku, że od jakiegoś czasu nie przepadam za zimą. Zacząłem jej nie lubić mieszkając jeszcze w miasteczku gdzie chodzenie było ślizganiem się po osolonej brei, a na parkingach zamiast samochodów zalegały zwały szaroburego tego czegoś. Na wsi biel śniegu jest bielą prawdziwą, ale zima...
Są momenty, kiedy jeszcze sypnie puchem i zaiskrzą w nim iskierki słońca. Taką prawdziwą wiejską zimę pamiętam z dzieciństwa. Po powrocie w to samo miejsce czuje się niby to samo, ale odczuwanie śnieżnej radości już nie. Kto tu się zmienił ja, my, zima - może wszystko i wszyscy po drodze czasu. No, ale to moje widzi misię, bo wbrew swoistemu przygnębieniu zauważam, że zima jako nowum cieszy moją wnusię. Futrzak Baca też najwyraźniej czuje się lepiej niż w lato.
Na wieczór przygotowujemy i rozpalamy dla naszych gości ruską "Banię Krystiana". Podobno tylko w zimę, i tylko w lodowatej toni jeziora można ugasić w sobie gorąc z bani i poczuć środek lata w środku zimy. Ruską banię śmiało można zaliczyć do jednego z niewielu cielesnych rozkoszy tego świata - kto wie, dla wielu może najlepszą :)